Nasza mleczna droga: Odstawianie

Karmienie piersią to piękny czas. Dla mnie było naturalne i oczywiste, że najlepszym sposobem karmienia mojego dziecka jest mleko kobiece i nie wyobrażałam sobie podać Bączkowi butelki z mlekiem modyfikowanym. Oczywiście, byłam świadoma tego, że czasami są sytuacje, które uniemożliwiają karmienie, jednak zakładałam, że żadne przeszkody nie pojawią się na Naszej drodze.

A od czego zacząć tę opowieść? Może od tego, że jestem żywieniowcem i w przeciwieństwie do mojego ŚP. Brata nigdy nie byłam dobrą pisarką 🙂
Poza tym nie jestem ekspertem w karmieniu piersią ale myślę, że warto podzielić się swoim doświadczeniem, tym bardziej, że sam moment odstawiania od piersi przyszedł u Nas nagle i nie byłam do niego przygotowana. Była to więc dodatkowa trudność.


Na życiowej drodze każdego z Nas pojawiają się gorsze momenty, niepewność, strach i milion różnych obaw. Pomyślałam więc, że napiszę o moich momentach rodzicielskich, które były dla mnie dużym wyzwaniem i zasiały we mnie obawy, lęk, smutek lub były dla mnie trudne.

Kilka dni temu dodałam na fb post z okazji Światowego Dnia Karmienia Piersią. Planowanie odstawiania od piersi Bączka (bo zakładałam, że kiedyś to musi u Nas nastąpić) budziło u mnie wiele niepewności i z tego co widzę nie tylko u mnie. Dlatego postanowiłam, że pierwszy wpis będzie dotyczył właśnie tego tematu, a właściwie odstawiania mojego Bączka od piersi.

 

Początki

Do dzisiaj mój Mąż (wtedy jeszcze nie-Mąż) wspomina jak poszedł coś zjeść (cała noc z babą na porodówce zdecydowanie pozbawiła jego organizm miliona kalorii), a gdy posilił się i wrócił na salę, Bączek pił mleczko z cycusia. „Nie myślałem, że tak łatwo pójdzie” powiedział.  Przyznam szczerze, że ja też! 🙂

Planowałam karmić piersią. Planowałam długo karmiclć piersią. (Kawał roboty w tym temacie robi dobra Położna. Ja wybrałam najlepszą i do końca życia będę Pani Halince ogromnie wdzięczna za to, czego mnie nauczyła i za to, co wniosła w moje macierzyńskie życie). Szczerze? To nie brałam innej opcji pod uwagę. I jestem dumna z tego, że moje Dziecię nie miało mm w ustach. Pomijając aspekty zdrowotne (które są oczywiste. Nie ma lepszego pokarmu dla dziecka niż mleko kobiece. Natura dała kobiecie piersi nie po to, by wypełnić je lateksem i by faceci mogli się na nie napalać (chociaż pomijając lateks uważam, że nic w tym złego:) ) ale po to, by mogła wykarmić swoje potomstwo. Nie oszukujmy się, że krowa nie jest matką człowieka tylko cielaka i jej pokarm jest najlepszy dla krowiego potomstwa, a nie naszego, ludzkiego i najbardziej zaawansowana technologia przemysłu spożywczego czy farmaceutycznego nigdy tego nie zmieni). Ale to temat na osobny post! Dziś postanowiłam „merytoryczne treści dotyczące karmienia piersią” odstawić na bok i opowiedzieć o innych aspektach.

 

Mleczna droga

Karmienie piersią cudownie zbliża mamę do dziecka. Jest to bliskość tak piękna, że nie sposób opisać jej słowami. Dziecko czuje bliskość, bezpieczeństwo, miłość. A mama czuje się ogromnie dziecku potrzebna. Lubiłam karmić. Choć czasami byłam „uwiązana” w domu to było warto i nigdy nie żałowałam ani jednego dnia, gdy Bączek był na piersi. Gdy jest się mamą, wtedy dziecko i jego potrzeby są najważniejsze.

Karmiłam 23 miesiące i myślę, że gdyby nie zrządzenie losu i poronienie, pociągnęłabym dłużej. Już kiedyś Wam pisałam o tym, że po Bączku pojawiły się na Naszej drodze dwa poronienia. Możesz przeczytać TUTAJ. O ile po pierwszym, szybko wróciłam do domu (Bąk miał wtedy 17 miesięcy) to drugi raz nie był tak kolorowy. Był zaplanowany szpital, jak wcześniej, zapas ściągniętego mleka na 2 dni, też jak wcześniej. I komplikacje. Pobyt w szpitalu 5 dni. Dla mnie podwójny dramat.

Od kiedy Bartek skończył 1,5 roku, był na etapie karmień nocnych. W ciągu dnia jadł normalne posiłki. I  dzięki temu udało mi się, stopniowo oduczyć piersi w ciągu dnia (i rzadko te karmienia się zdarzały). Ale podstawą cycusiową było zasypianie i karmienie nocne.

Nigdy nie jadł z butelki i bardzo nią gardził. A podczas mojej nieobecności Mąż podawał mu moje mleko… w szklance ze słomką. Ale mlekowy mamusiowy zapas w końcu się skończył. A mój powrót do domu był niewiadomą. Na szczęście Bąk był fanem kefiru i przez kilka dni moi Chłopcy poradzili sobie nocą… kefirem.

Wróciłam do domu, nareszcie! Ale pojawił się problem. W szpitalu musiałam mieć zabieg. Dostałam silny antybiotyk, który uniemożliwiał karmienie piersią przez najbliższy tydzień (nie jestem fanką antybiotyków ale po zabiegu wolałam nie ryzykować poszpitalną infekcją). Bączek ucieszony, że Mama wróciła do domu, stęskniony i przeszczęśliwy, że tak jak zawsze dostanie „na dobranoc” cycusia… Pojawił się problem: CO JA MAM TERAZ ZROBIĆ? Bezradna i ze łzami w oczach zadzwoniłam do mojej Położnej.

 

Położna

Moja Położna jest osobą, na którą zawsze mogę liczyć. Pomimo tego, że nie ma z tego żadnych korzyści ZAWSZE gdy działo się coś trudnego odbierała i odbiera ode mnie telefon i ZAWSZE służy radą, dobrym słowem i swoim ogromnym doświadczeniem.

Usłyszałam wtedy „Pani Asiu, przyjmując ten antybiotyk nie może Pani karmić piersią. Po dwóch poronieniach, które się Wam przydarzyły, być może akurat u Ciebie mogło być to przyczyną <wiecie, taki 1 przypadek na milion i akurat ja>. To dobry moment na odstawienie od piersi. Bartek jest już duży <23 miesiące> i zrozumie, że Mama nie może karmić piersią. Proszę tylko nie odbierać mu nadziei <to znaczy: mama ma chore cycusie ale jak wyzdrowieją to wtedy Bartuś dostanie mleczko z cycusia>. Nadzieja Dziecku bardzo pomaga!”…

 

Odstawianie

I tak zrobiłam. Położyliśmy się na łóżku, wytłumaczyłam mojemu Dziecku, coś w stylu „Synuś, mama ma chore dydusie i nie może Bartusiowi dać mleczka, bo wtedy mame bardzo bolą. ALE JAK WYZDROWIEJĄ TO MAMA BARTUSIOWI DA i wtedy Bartuś będzie mógł wypić mleczko”. I co? I moje Dziecko zrozumiało! Bez płaczu, beż żalu, bez łez. Pomyział mnie przez bluzkę po piersiach…

To mi było cholernie ciężko. To ja płakałam (jak nie widział), czułam ogromny żal i smutek. Nie On. Taka głupia ze mnie koza 😉

Byłam w szoku, że Dzieci są takie mądre. Byłam w szoku, że mam takie mądre dziecko! I jak Pani Halinka (moja Położna) mówiła mi o tym, to nie do końca wierzyłam, że się uda. A jednak!

Oczywiście, z dnia na dzień moje Dziecko nie przestało zasypiać bez cyca i z dnia na dzień moje Dziecko nie przestało budzić się w nocy. Przez dwa tygodnie w pogotowiu „do zasypiania” stał kefir ze słomką. Czasem zjadł, a czasem nie. Przez około dwa tygodnie dobierał się do cycka „na śpiku” ale tłumaczyłam wtedy ww. śpiewkę „Synuś, mama ma chore dydusie i nie może Bartusiowi dać mleczka, ale jak wyzdrowieją to mama Bartusiowi da” <NADZIEJA DZIAŁA CUDA!>. Mój Synek pił dwa łyki wody i… zasypiał.

Od tego czasu Bączek zaczął przesypiać całe noce. Pamięta, że pił mleczko z cycusia. Ale przyszedł dzień, że mamy dydusie przestały go  całkiem interesować i przestał wołać.


Pomimo niespodziewanego końca karmienia, bez wcześniejszego przygotowania daliśmy radę. Z perspektywy czasu widzę, że całkiem nieźle Nam poszło. Mąż i Rodzice byli ogromnym wsparciem i pomocą w tym czasie. Ale to Ta jedna osoba zrobiła kawał dobrej roboty.

Zawsze będę wdzięczna mojej ukochanej Położnej. Za złote rady, bezinteresowność i za serce. Bo to dzięki Pani Halince moje Dziecko nie roniło łez, że cycusiowy czas nagle i niespodziewanie się skończył. Warto mieć taką Położną. Jestem wdzięczna losowi (i Panu Bogu), że pojawiła się na mojej macierzyńskiej drodze.

Dziękuję Pani Halinko! ♥

 

Jedno jest pewne: Nigdy nie odbierajmy nadziei. Zawsze działa cuda!


Dla zdrowia Maluszków,

JM.

2 Komentarze
  1. Aga :

    Dziękuję za ten wpis ? Też jesteśmy na etapie odstawienia ,ale idzie ciężko. Synek ma prawie 2,5roku.

    1. JM :

      2,5 roku to piękny okres karmienia piersią, gratulacje!

Zostaw komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.